Pretensjonalny, literacki język dialogów dodatkowo podkreśla sztuczność i tak bardzo teatralnej, czarno-białej inscenizacji.
Piotr Guszkowski
Filmweb A. Gortych Spółka komandytowa
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Bądź na bieżąco
Dodaj jako źródło
"Emilia, gospodyni domowa przygnieciona powszedniością życia i nieudanym małżeństwem, niezadowolona i wycieńczona przez macierzyństwo, czuje, że życie przechodzi jej koło nosa" – czytamy o "Racjach serca" w katalogu Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Szybko okazuje się, że bohaterce filmu daleko do Glorii z "Czym sobie na to wszystko zasłużyłam?"Almodóvara czy postaci granej przez Kate Winslet w "Drodze do szczęścia". Widz ani przez chwilę nie współczuje Emilii, czuje natomiast rosnącą irytację jej niezrozumiałym zachowaniem.
Tak naprawdę Emilia nigdy nie była ani wzorową matką, o czym dosadnie powie jej zaniedbywana i nad wiek dojrzała dziesięcioletnia córka, ani dobrą gospodynią – czego dowodem jest pusta lodówka i bałagan w mieszkaniu. Zapracowanego męża dawno przestała kochać, bo – jak twierdzi – porzucił drogę do realizacji wspólnych marzeń. Wydaje się po prostu egoistyczną kobietą, której jedynym zajęciem jest wyczekiwanie w oknie na kochanka-saksofonistę Nicolasa. To właśnie on jest źródłem poważnych, wciąż bagatelizowanych przez kobietę problemów – w tym debetu na karcie kredytowej, którą płaciła za kolejne prezenty. Emilia wpadnie w rozpacz, gdy Nicolas od niej odejdzie.
Z minuty na minutę widz traci resztki ciekawości co do podłoża stanu emocjonalnego głównej bohaterki. Czy to tylko załamanie spowodowane miłosnym zawodem? Może niekończąca się chandra? Albo zaburzenie psychiczne – w końcu Emilia znalazła się na drodze ku autodestrukcji jeszcze przed porzuceniem przez Nicolasa… Niezależnie od wszystkiego, w rozgrywający się na naszych oczach dramat trudno uwierzyć, trudno zrozumieć nielogiczne postępowanie kobiety, a już na pewno nie sposób jej polubić.
Najnowszy film Arturo Ripsteina, jednego z najwybitniejszych meksykańskich reżyserów, który zaczynał karierę jeszcze jako asystent Luisa Buñuela, miał być swobodną adaptacją ostatnich rozdziałów "Pani Bovary" Flauberta. Pretensjonalny, literacki język dialogów, a przede wszystkim histerycznych monologów wygłaszanych przez bohaterkę miotającą się po ponurym mieszkaniu, dodatkowo podkreśla sztuczność i tak bardzo teatralnej, czarno-białej inscenizacji.
"Nie sądziłeś, że spomiędzy nóg wyssiesz ze mnie życie" – w przypływie emocji oskarża kochanka, który odszedł, bo czuł się coraz bardziej przytłoczony obsesyjną miłością Emilii. Kochanka, którego pościel wcześniej lizała (dosłownie!), żeby poczuć choćby namiastkę jego obecności. Scenariusz rodem z oper mydlanych obfituje w podobne sceny. Dlatego przywołanie na początku filmu słów Blaise’a Pascala ("Serce ma swoje racje, których rozum nie zna") okazuje się tylko pustym, niewiele wnoszącym cytatem.
1106
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Udostępnij
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Dodaj Filmweb jako preferowane źródło w Google
Częściej zobaczysz nasze artykuły w wynikach wyszukiwania.